...†...Pani Zmiana...†... >> poniedziałek, 22 stycznia 2007 22:49:53
Tak, już wiem, przez co te moje huśtawki nastrojów. Znalazłam intruza, który wtargnął bezprawnie w moje życie.
Oto przed państwem - Pani Zmiana.
Zakradła się ona, perfidna, podstępna! Cicho, niepostrzeżenie mnie dopadła. Nie dostrzegałam jej, choć podświadomie odrzucałam jak najdalej.
Ale wiecie? Ona jest cholernie upartą bestią. Wracała. Za każdym razem wracała.
Aż wreszcie dotarła do mnie. Do zamkniętych obszarów mej Świadomości. Bo moja Świadomość to takie małe, kapryśne dziecko, które często bardzo długo nie ma zamiaru przyjmować czegoś do wiadomości.
Ale wreszcie nawet Ona, nawet Panienka Świadomość, musiała zgodzić się z faktem, że Pani Zmiana przyszła i nie pójdzie, dopuki nie narobi prawnie jej przynależnego rabanu.
Tak więc Mooniak przystąpił do analizy. Bo po coś ta cholerna Pani Zmiana jednak przyszła.
Chce, żebym zaczeła trochę jak A. się zachowywać. Żeby się nie uzależniać, mieć więcej czasu dla siebie i takie tam inne.
A tam. Ona sobie może dużo chcieć! Jakby mnie to obchodziło!
Tylko, że to, czy mnie to obchodzi czy nie i tak nic nie daje. Bo Zmiana robi swoje.
Wobec tego zaczęły się spięcia i inne takie.
W sumie dobrze, może Ona ma racje?
Tylko, że ja się boję.
To się wymyka spod kontroli. Powoli, kawałek po kawałeczku, zaczyna to wyglądać jak "stare dobre małżeństwo", tylko że bez "dobre" w środku.
Nie podoba mi się to. Bardzo, bardzo, badzio badzio badzio. Odczuwam "takie wewnętrzne fuj, ukryte bzie".
I nie wiem, co dalej. Gubie się. A Pani Zmiana przyszła, swoim zwyczajem namieszała i co prawda nie poszła, ale ukryła się gdzieś blisko. Znów namiesza za jakiś czas, ale potem nie pomorze się odnaleźć. Taka to ona jest, niedobra, zła, 'be'.
Czuję się jak dziecko zagubione gdzieś w ciemnościach, bez nadziei na przebłysk światła, na kolor, dźwięk, zapach. Zupełna pustka.
*†*†*
Rozmawiałam dziś z Arim. Ah, jak mi tego było brak!
Przyjaciel, z którym przyjemne jest wszystko.
Rozmowa jest przyjemna.
I milczenie takie lekkie, spokojne, bez stresu.
I nic-nie-robienie
I zdawanie chemii. Widząc go, od razu było mi lepiej, weselej.
Ah. Taki to przyjaciel z niego cudowny ^^
*†*†*
W gruncie rzeczy nie jest tak źle, teraz - kiedy tak o tym myślę, kiedy już dużo wiem, już wiem, co się dzieje.
Trudno jest tak, przygotowując się psychicznie do tego wszystkiego.
I tak bardzo wylewnie - zresztą to widać po notce.
Ale ja muszę. Odczuwam taką ogromną potrzebę pisania, tak bardzo, bardzo, bardzo, że aż we mnie grzmi. Wszystkie słowa dudnią, krzyczą, wyrywają się.
Wobec tego koniec na dziś. Nie wiem, kiedy znów napiszę. Może jutro, może pojutrze - teraz właściwie nigdy nie wiadomo. Trzeba być gotowym na atak z mojej strony - notkami oczywiście. Bo może się ich wysypać cała lawina.
P.S. - Tyniakowi
Wiesz, śpię ostatnio po półtorej, góra dwie godziny. Zasypiam tak ok. trzeciej, wstaje - czwarta trzydzieści.
Ostatnio kiedy tak się obudziłam, tak wiesz - jeszcze faza półsnu... Usłyszałam głos. Powiedział dwa słowa. Coś było w liczbie mnogiej... Tak jakby "musimy ..." albo "będziemy ...", "zrobimy ...", "znajdziemy ..." ... Nie wiem, jakie to pierwsze słowo, nie wiem, jakie było drugie. Wiem tylko, że jeszcze wtedy chwile pamiętałam, a potem nagle uleciały gdzieś w nieznane, już nic nie było, już znów był dzień i znany pokój i takie tam.
I ja nie wiem. Jak myślisz? To ONI? To mogli być ONI?
Szczerze powiedziawszy miałam nadzieję, że sami już zapomnieli...komentarze [1]...†...I czuję się jak... jak... Jak?...†... >> piątek, 19 stycznia 2007 22:09:01
Czuję się jak... jak takie *puff*.
Jak taki pęknięty, nikomu niepotrzebny balonik.
Jestem zmęczona.
Dziś na irlandzkim nie tańczyłyśmy żadnych układów. Ot - część techniczna, nauka kroków itd...
A ja, patrząc na swoje odbicie w tych lustrach miałam ogromną ochotę je wszystkie potłuc.
Sama dla siebie wyglądałam dziś jak taki wielki okropny bezkształtny kloc z drewna. Bez gracji, bez tej magii, z którą porusza się Lena. Bo patrząc na nią ma się wrażenie, że ona nie tańczy na ziemi, tylko nad ziemią.
A ja tak nie potrafię. Heh.
I czuję się taka zrezygnowana i zmęczona i blablabla.
Po prawej "mrygają" mi reklamy opowiadań. Wszystkie podobne. Niemal takie same. Heh.
Ktoś podsunął mi ostatnio: "nie wiesz, co napisać? Napisz erotyka. Takie głupoty, takie nic, nie musisz nikomu pokazać. Ale odstresowuje".
W sumie fajny pomysł. Tylko nie umiem się za to zabrać. Jak za większość rzeczy. Heh.
Żałosne, prawda?
W poniedziałek jest wernisaż w MDK. Wystawa naszych prac i wierszy połączona z poczęstunkiem i wierszami księdza Twardowskiego na rocznicę śmierci.
Oczywiście MDK w Świętochłowicach.
Gorąco wszystkich chętnych zapraszam.
Ha-ha-ha.
I po reklamie.
Czuję się rozbita. Jestem roześmiana, wesoła, spokojna, a już 10 minut później gwałtowna, agresywna, wściekła. Po półtorej godzinie zmęczona i zrezygnowana.
Co się do diabła ciężkiego dzieje?!komentarze [2]...†...Nadchodzi straszna noc...Bezsenna noc...†... >> poniedziałek, 8 stycznia 2007 21:48:43
Szłam ostatnio ulicą. Mokro na niej i szaro, tak nijako, źle. Od tych wszystkich domów, ludzi, kostek brukowanej uliczki biło szarością, śmierdziało tym przeklętym kolorem.
Steven w słuchawkach namawiał, by Fly Away From Here.
A ja nie umiem odlecieć. Nawet nie chcę. Nie potrafię sobie wyobrazić przeprowadzki do Chorzowa, choć to niedaleko... Ba. Nawet przepowadzki do innej dzielnicy mojego miasta.
Chciałabym mieć kolor. Gacek ma kolor. Taką wyraźną, mocną czerwień, nie do przebicia, nie do zdarcia.
Tyniak też ma kolor. Taki... Hmm... Chyba to jest zieleń traw poruszanych wiatrem. I jeszcze troche Słońca jest w Tyniaczku. A Buu... Buu jest spokojnym błękitem.
A ja?
Boże. Nie wiem. Nie rozpoznaję swojego koloru.
Chyba się boję. Nie chcę zostać czernią ani bielą. To kolory ciszy. Gdy pada śnieg nagle wszystko cichnie, biel pokrywa wszystko, wszystko tłumi.
A czerń... Czerń też. Ale czerń jest ciszą bardziej gwałtowną, ostrą, negatywną mimo wszystko. W bieli przynajmniej jest jakiś spokój, jakaś łagodność... Ale i nieugiętość.
Ah. Jakim jestem kolorem? Fiolerem? Nie. To kolor fortuny i ludzi uduchowionych.
Nie wiem. Na prawdę.
Wiem, że dzisiejszej nocy nie zasnę. O. Jak silne są przyzwyczajenia. I jak męczące.
Czasem wszystko jest tak śmiesznie marne.
Ale spokojnie. Przecież to i tak nie istnieje.
Rzeczywistość to tylko fantazyjna projekcja narządu pragnień masowo kopiowana przez społeczeństwo.
O. A zresztą. Co z tego? Nawet to się chyba już nie liczy.komentarze [1]...†...A w głowie pstro...†... >> czwartek, 4 stycznia 2007 14:39:53
W uszach dźwięczy mi gitara Perry'ego. I głos Steven'a... Muzyka. Odcinam się nią od świata. Zatapiam w słowa, wersy, zdania, ton głosu, wrzask i szept. I ach. Nigdy nie będę miała tego dość.
Dorwałam się do książki Piotra Czerskiego "ojciec odchodzi". W szkole ze trzy razy dziś bym się rozpłakała.
Tak. Nazwijcie mnie ckliwą i przewrażliwioną. Ale ta książka ma MOC.
Może to dlatego, że dotyczy czegoś, co ja sama przeżyłam? Przeżył to każdy Polak. Każdy obywatel świata. I wszyscy na swój własny, indywidualny sposób.
Pamiętam jak tamtej nocy, razem z mamą i bratem pojechałam do Katowic pod jakiś wielki kościół z wielkimi schodami. Wszystko tam było wielkie.
Nie pamiętam, jak to miejsce się nazywa. Na prawdę.
I pamiętam jeszcze te łzy. Tyle łez. I kłótnię z Z., kiedy dzwonił. Chyba sama z rozmysłem zawsze reaguję na niego tak, by się z nim kłócić. Nie wiem, dlaczego. Nie lubię go chyba po prostu.
Bredzę. Jakoś tak. Chyba muszę. Potrzebuję tego.
Boże, jak bardzo czułam się bezradna, gdy wtedy, kiedy wracaliśmy od T., opowiedział mi o swoich planach. Że mając 40 lat chce się zabić. Że planuje to całe życie i dlatego nie chce mieć rodziny.
I wtedy też płakałam.
Stanowczo za dużo płaczę.
Ale byłam zmęczona, przygnębiona, potargana, wymięta, nie miałam siły już, nie potrafiłam znieść tego, co mówił.
A Wy jak zwykle nie wiecie, o co mi chodzi, bo słowa, które z siebie wyrzucam nie mają sensu, żadnego punktu zaczepienia, niczego.
Dobrze więc. Kończę już.
To wszystko przez tą książkę napewno. To, że tak dzisiaj piszę. Spokojnie. W końcu mi przejdzie.
Skąd wiedzieć wszystko, komu bije dzwonkomentarze [1]