...†...Trigu saruy...†... >> wtorek, 1 września 2009 14:06:49
Nigdy nie byłam osobą, która stawia sobie wysoko poprzeczkę.
Przynajmniej tak do tej pory myślałam i tak to wyglądało.
Oceny w szkołach średnie, dobre jeśli nie trzeba się było wysilać i - zazwyczaj nie trzeba było.
Nigdy nie próbowałam być najlepsza. Pewnie czasem wyglądało to inaczej, bo wiem, że ludzie różnie mnie odbierali... Ale nie.
Nigdy nie chciałam być najlepszą uczennicą. Nigdy nie mierzyłam wysoko, nie myślałam o karierze.
Teraz też, przy wyborze kierunku studiów, na które tak po prawdzie wcale nie chciałam iść, kierowałam się raczej wygodą i myślą, które z nich będą najłatwiejsze.
Ktoś powie - nie masz ambicji, dziewczyno. I będzie miał rację.
W ogóle nie zależy mi na sukcesie zawodowym. Nie jestem, nigdy nie byłam i pewnie już raczej nie będę karierowiczką.

Ale miałam swoje poprzeczki, oj miałam. Postawione w cholere wysoko. Tyle, że nie z tej strony, z której ludzie spodziewali się je zobaczyć...
I całe życie marzyłam, że może mi się udać, że nie jestem taka najgorsza...
Jednak chyba nadszedł czas, by pogodzić się z tym, że jednak jestem.

Zawsze chciałam spełniać się artystycznie. Tyle że, jak dotąd, nie znalazłam niczego dla siebie. Nie mam nic, co mogłabym nazwać tak całkiem moim.
Łapałam się wszystkiego jak leci: rysunek/malarstwo, taniec irlandzki, sztuki walki, snowboard...
Nigdzie nie zagrzałam miejsca na dłużej.
Ołówki, farby, pastele, szkicowniki - rzucone w kąt, jednak zostały, czasem do nich wracam, ale już coraz rzadziej, już mi to po prostu nie wychodzi. O reszcie już nawet nie ma co wspominać...
Ale to, co najbardziej boli, to fakt, że nigdy nie będę dobrze śpiewać.
Nie chciałam nigdy być sławna. Nigdy.
Ale to było coś, co chciałam robić dobrze. Tak po prostu. Dla siebie.
Dlaczego nie mogę być w tym dobra?
Mimo tylu prób, mimo pracy i całego cholernego wysiłku, który w to włożyłam, dlaczego nie?!

Jasne. Może tak ma być.
Może mam być zwyczajnie przydatna, nie-przeszkadzająca.
Cóż. Sobie samej się już nie przydam, skoro nie potrafię robić dobrze tego, na czym mi zależy.
Więc idę się przydać komuś innemu - idę pozmywać naczynia.
Ktoś widać wymyślił dla mnie rolę na całe życie. Przeklętej marzeniami kury domowej...

komentarze [0]

...†...Pies...†... >> środa, 19 sierpnia 2009 10:36:08
Nie skorzystam już nigdy z najlepszej z Twoich rad
Jestem stary jak najstarsza z moich szmat
Złota ze mnie nie wypłuczesz, nie został nawet gram
Gram dla siebie i czasem dobrze czuję się sam

Mówiłaś: w niedzielę najlepszy ubierz strój
Stój i mocno mnie trzymaj, jesteś przecież mój
Zabrałaś wszystko został tylko nasz pies
Jest łóżko i krzesło, tak naprawdę nie ma mnie

I tak patrzę w jego oczy wyszczekana morda mać
Macie rację, że wierność najlepsza jest u psa
Rzucić patyk i kopnąć a czasem ryczeć stój
Stój ty głupi kundlu, jesteś przecież mój!

Siudma Góra moi mili.


Ostatnio nie wiem, kim jestem i co czuje.
Nie wiem. Po prostu nie mam pojęcia.
W jednej chwili euforia i radość, spokój i czysto-stan a już za moment zwątpienie i niemiły dotyk ostrych kamieni z dna.
W tej chwili nie mam w życiu nic pewnego poza psem i tym, że ludzie z gruntu są paskudni, samolubni i dbają tylko o siebie.
A może to ja muszę na takich ludzi trafiać, nie wiem.
Ale to jest wstrętne. Robisz dla nich wszystko, o co poproszą, a w zamian dostajesz duże, ogromne nic.

I boję się, że sobie nie dam rady. Boję się tego bardzo. Czasem jest myśl - hej, czemu masz sobie nie poradzić? To tylko Życie, ani złe, ani dobre, po prostu Życie, ten mały skrzat, który wcale nie jest straszny.
I w takich chwilach nie boję się.
Ale takie chwile to rzadkość.
Bo potem przychodzi ta myśl, że Życie to też użeranie się z ludźmi. A ludzie już są interesowni, egoistyczni i okrutni.
"Musisz bić psa, żeby Cie słuchał"
Ale to ja jestem tym psem i wcale nie chcę, żeby mnie bili!
Halo! Czy ten świat na głowie stanął?!
Chyba tak. Kolejny mały koniec świata.
Człowieczeństwa coraz mniej, okrucieństwo sprzedamy w nadmiarze...

komentarze [0]

...†...Dream a little, dream of me...†... >> niedziela, 12 lipica 2009 10:27:51
Padła na łóżko, ziewnęła i przytuliła poduszkę.
Już dawno powinna się przyzwyczaić do głupich pytań, które zadawała, głupich odpowiedzi, którymi reagowała na cudze pytania i do tego, że chyba już do końca życia będzie tą najgłupszą w towarzystwie.
Czasem tak po prostu bywa, nie pasujesz i już.

Za mądra dla głupich, a dla mądrych zbyt głupia,
Zbyt ładna dla brzydkich, a dla ładnych za brzydka
Za gruba dla chudych, a dla grubych za chuda...

Ona chyba nigdy się nie dopasuje.
Często zbyt dziecinna, czasem kontrowersyjna i ostra. Łatwo wpadała w gniew czy rozdrażnienie. I nie, nie "ostatnio". Od zawsze.
Powinien się dobrze zastanowić, czy chce z kimś takim spędzić resztę życia.
Ona nigdy nie będzie umiała zachować się w "wytwornym", jeśli wolno mi użyć takiego słowa, toważystwie.
Ona nigdy nie będzie umiała nad sobą zapanować.
Za to, czego mógł być pewien, na pewno bardzo często będzie przedmiotem kpin i żarcików ze strony rodziny, przyjaciół, znajomych.
Powinien to jeszcze przemyśleć, naprawdę.

Doskonale zdawała sobie sprawę ze swoich wad. Z zalet zdecydowanie mniej.
Były raczej czymś, co gdzieś tam w niej siedzi i za bardzo się nie wychyla.

Nigdy nie rozumiała świata tak, jak inni.
Zawsze trochę naiwna i łatwowierna.
Ufna? Chyba nie.
Zakochana w zwierzętach - zdecydowanie.
Ale czy to wystarczyło, by zbudować razem jakieś lepsze, wspólne życie?

A może on już po prostu do tego przywykł? Pogodził się z tym, zaakceptował, zupełnie tak samo jak fakt, że dla niej pojęcie związków międzyludzkich wcale nie było takie trudne.
Zwyczajnie dawała upust swoim uczuciom.
Jak wtedy, gdy go pocałowała po raz pierwszy. Chciała tego i nie widziała w tym nic złego, niewłaściwego czy nie na miejscu.
Może właśnie to było to. Była taka... Bardzo emocjonalna i może trochę rozchwiana.
Dlatego łatwo było ją zdenerwować, a lepiej wtedy nie stawać jej na drodze.
Ale łatwo też było ją zachwycić.

Motorem jej działań zdecydowanie były sukcesy, nie porażki.
Nigdy tak do końca nie potrafiła pogodzić się z faktem, że nie potrafi dobrze śpiewać.
Nie, nie chciała być gwiazdą, nie lubiła być w centrum uwagi. Po prostu śpiew był czymś, co chciała robić dobrze.
Często łapała się różnych zainteresowań.
Zaczynała coś i nigdy nie kończyła - chociaż ostatnio bardzo walczyła z tą wadą.
Trochę przerażał ją świat tak inny od jej własnego, małego światka.

Była może trochę jak jaszczurka. Stawała komuś na drodze, ten brał ją na ręce, zdobywał coś przez kontakt z nią, próbował oswoić, ale jeden nieuważny ruch, a ona uciekała, w dłoni trzymającego zostawiając tylko ogon. Ogon, czyli tą cząstkę siebie, którą zdążył poznać.

Kim była?
Zdecydowanie Mooniakiem.
Czasem Stokrotką, lub Różyczką.
Czasem ŁoBuziakiem, Ciaprochem, Kicią.
Ale przez większość życia zdecydowanie Mooniakiem.

komentarze [1]

...†...Ryżowa Królewna, która boi się przyszłości...†... >> piątek, 8 maja 2009 10:14:43
Są takie chwile, kiedy twarz wtulam w poduszkę i mam ochotę płakać. I są takie chwile, kiedy płaczę.
Przytłacza mnie ogrom odpowiedzialności, która spada na mnie z każdej strony, a ja nie potrafię powiedzieć "nie".
Żyję pod presją.
Z każdej strony, gdzie tylko nie spojrzę, słyszę, czego się ode mnie oczekuje. Czego oczekuje on, czego oczekuje rodzina, czego oczekuje cały świat...
I nie potrafię się w tym odnaleźć.

Wydaje mi się, że świat źle nas przygotowuje do życia. Na początku przyzwyczaja nas do bezpiecznego rytmu, nieco monotonnego, ale i spokojnego. Niemal od początków życia znajdujemy się w instytucji "szkoła". I nie opuszcza nas wrażenie, że to się nigdy nie skończy. Przecież to jeszcze tak długo, jeszcze tyle lat, aż nagle trach. I nie ma.
"Skończyło się rumakowanie".
Zostałam wyrzucona z mojej bezpiecznej łódeczki w ciemną otchłań oceanu. A ja przecież nie umiem pływać!
Boję się przyszłości. Bardzo się boję.
Boję się iść na studia. Boję się zamieszkać sama. Boję się być niezależna.
To wszystko mnie przeraża.
Świat nakłada na mnie obowiązek dalszej nauki, studia, najlepiej psychologia, prawo, język obcy w biznesie - coś ważnego.
Nie powiem, rodzinka też by się ucieszyła.
Ale kiedy ja nie chcę. Nie interesują mnie te kierunki. Więc co? Pedagogika przedszkolna i wczesnoszkolna - bo łatwe, bo praca jest, świat spojrzy troche pobłażliwie, ale rodzina jeszcze będzie zadowolona.
Tylko, że ja się tego boję. Boję się pracy z dziećmi, boję się, że nie podołam.
Ha. Więc co ja bym chciała robić? No?
Weterynaria byłaby super. Ale z moją wiedzą na temat biologii już jest słabo, a co, gdybym miała przeprowadzić jakąś operację? Nie ma mowy. To nie na moje nerwy.
Ale, no dobrze, to w takim razie CO jest na moje nerwy?
Przesiadywanie w domu, gotowanie obiadków i zajmowanie się dziećmi?
No, z tego to on by był zadowolony.
I to jak... Ostatnio zakomunikował mi, że wolałby, żebym nie pracowała jak będziemy mieli dzieci. Przynajmniej aż nie będą dość duże. Tak tylko przez pierwsze 13 lat miałabym siedzieć w domu.
Ha. Ciekawe, bardzo ciekawe.
Ale NIE MA MOWY.
Grzecznie mu ten pomysł wyperswadowałam.

Tylko to mnie właśnie zabija, z każdym dniem coraz bardziej mnie to wszystko przeraża.
KAŻDY oczekuje ode mnie czegoś. I, tak chyba żeby nie było mi zbyt łatwo, każdy czego innego.
A ja jestem tylko jednym Mooniakiem. Jedną Ryżową Królewną zagubioną w samym środku tego wszystkiego...

komentarze [0]

...†...To ch** że pijemy czystą a nie drinki...†... >> poniedziałek, 27 kwietnia 2009 21:21:50
Cenzura, bo miałam nie przeklinać.

Ale mam bunt. Jak tak się przyglądam facetom z bliska i z daleka, subiektywnie i obiektywnie, to tak sobie myślę, czy nie znaleźć sobie jakiejś kobiety.
~oddech~
Denerwuje mnie to, co się teraz dzieje. Od kiedy to facet jest taki rozważny, chce mieć wszystko zaplanowane i poukładane? A gdzie spontan, pytam się!
Ludzie, czy wybierając się z paczką przyjaciół nad morze pytalibyście o atrakcje, o rozplanowanie dnia, o cokolwiek?
Jedziecie z paczką znajomych, z ludźmi, których kochacie i są dla was braćmi!
Załamałam się.
Bo mówiąc o zaistniałej sytuacji zamiast poparcia ze strony mojej 'gorszej połowy' usłyszałam tekst, że może przesadzam, tak sie bulwersując.
Pierdolona koalicja plemników.

Tak, ja wiem, to ja w naszym gronie jestem ta "rozważna i romantyczna" co to ma zaplanowaną swoją przyszłość na najbliższe 15 lat, ale hej! Ta przyszłość jeszcze się nie zaczęła! Zacznie się w październiku na pierwszym roku czegokolwiek.
A na razie mamy wakacje!
Po co martwić sie o konwenanse?
Jesteśmy dorośli! Zaszalejmy, bo za chwilę obudzimy się na to zbyt starzy...!

Ja wiem. Wam sie będzie chciało szaleć na studiach. Na studiach, kiedy ja już będę w mojej hermetycznie zaplanowanej przyszłości...

Heh. Carpe Diem! Złapmy dzień póki go jeszcze mamy!
Bo potem pozostanie nam już tylko łapanie za gardła.
Carpe Jugulum. Heh.

komentarze [1]

...†...Osiem...†... >> czwartek, 23 kwietnia 2009 22:40:20
Czy to jest pytanie?
Nie, ale to jest odpowiedź.

Potrzebuję czegoś, co mnie uspokoi. Może kawa?
Nie. Nie lubię kawy.
Czekolada? Nie, też jakoś nie mam ochoty.
Hej, Czytelniku, znasz jakiś dobry sposób na Spokój?
Bo ja myślę, że on sobie gdzieś uciekł daleko ode mnie i nie chce wrócić.
Nawet Panna Muzyczka nie pomoga. Heh.
Może to jakieś napięcie? Stres-przed-maturalny?
Nawet nie mam ochoty na moje Country.
Chociaż już przy czekoladzie powinnam się zastanowić, czy nie mam gorączki.

Tak. Bardzo się cieszę, że wychodzę z tej szkoły. Cieszę się, że zostawiam daleko za sobą tych niedorozwiniętych idiotów, którzy na korytarzach zachowują się gorzej niż bydło.
Cieszę się, że zostawiam tę klasę pełną zdzir, w której każda jest mniej lub bardziej fałszywa od reszty.
Cieszę się, że wynoszę się z tego bagna, przeprowadzka dobrze mi zrobi.
Prawdopodobnie pierwsze, co zrobię, to kupię mapę miasta zwanego B-B. Ale dam sobie radę. Przecież nie będę sama.
A zresztą. Sama czy nie? Nie ważne. Ważne, że nie tu.

Czy zdołamy nim dopadną nas na złe i dobre zmarszczki i kilogramy?

-(...) Znam odpowiedzi na wiele pytań. Zadaj jakieś.
-No... co mistrz chciałby zjeść na śniadanie?
-Aha - powiedział - Jedno z tych trudnych...

Tylko ten jeden raz, błagam Ciebie Elka, dyskretny nonsens lustra...

No, nie mogę. Próbuję trochę Pratchett'a, ale on też niewiele pomaga.
Czasem po prostu ludzie tak potrafią zajść za skórę... Gorzej niż drzazga pod paznokciem, naprawdę!
Wdech-wydech i uspokój się Mooniaku. Już niedługo. Bardzo, bardzo niedługo.
I wszystko zacznie się od nowa.
A tylko od Ciebie zależy, jakie to "wszystko" będzie.

Wiem. I przytłacza mnie ogrom odpowiedzialności.
Ale luzik. Damy rade. Bo chociaż dużo wygodniej byłoby ukryć się gdzieś w mysiej dziurze, jednak żadna dziura nie jest tak wielka, żeby pomieścić Mooniaka z psem i tonami czekolady...
Więc ukrywanie się nie jest dla mnie.

P.S.
Potrzebny mi przyjaciel. Najlepiej gej. Taki, który wybrałby się ze mną na zakupy i ubrałby mnie dobrze. No? Jacyś chętni? (;

komentarze [0]

...†...Przeklinamy dzień za dniem...†... >> niedziela, 18 stycznia 2009 17:24:30
Mówią, że we wnętrzu każdej grubej dziewczyny jest chuda dziewczyna i mnóstwo czekolady.
Ja jestem czekoladą.

Nie. Wcale tak nie myślę. To po prostu cytat z książki, który bardzo mi się spodobał. (:
To tak tytułem radośniejszego wstępu, na dobry początek.
Bo dalej... No cóż. Dalej nie będzie już tak wesoło.

Ostatnio jestem rozdrażniona, bardzo, bardzo, bardzo. Bardzo rozdrażniona.
Wchodzę do domu i w pięć minut mój dobry nastrój ulatnia się.
Pyk.
Jak pęknięty balonik.

Dostaje szału.

Nie podoba mi się to, ale tak właśnie jest.
Irytuje mnie wszystko. Absolutnie wszystko. Rzeczy martwe, komputer(który wbrew pozorom wcale taki martwy nie jest), ludzie, pogoda, wszystko, na co akurat spojrzę.
To nie jest fajne.

A najbardziej drażni mnie fakt, że on wrócił. Znowu.
Hej, E., nie chciałbyś wyświadczyć mi przysługi?
Chyba nie...

Najbardziej chciałabym, żeby wszyscy zostawili mnie w spokoju. Żebym mogła położyć się na trawie i czytać i... "I patrzeć na chmury typu cumulus w kolorze białym".
Tak.
I leżeć latami, nie ruszać się, nie robić nic, czego bym nie chciała.

Ale życie nie tak działa. Już nie.
Teraz budzę się każdego dnia z poczuciem przykrej obowiązkowości.
Gdzie te czasy, kiedy mogłam porzucić wszystko beztrosko i żyć tak, jak w danym momencie chcę i potrzebuję?

Niestety. Ja się zmieniłam. I zmienili się ci, którzy mnie otaczają. Świat sam w sobie też się zmienił.

Teraz każdego dnia budzę się i wiem, że muszę zrobić to, czy tamto. I robię to.
Bo, i to jest właśnie najgorsze, ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że to mnie dopadają wyrzuty sumienia, jeśli coś zrobię 'nie tak'.
A kiedyś po prostu odwracałam się na pięcie i biegłam radośnie w swoją stronę.

Teraz sen spędza mi z powiek każde niedociągnięcie, każde niedokończone lub źle zrobione zadanie.
Psia jego mać.
Co się ze mną stało?

Przeklęta Monika-Zza-Lustra!


I chcę. Chcę zrobić rewolucję. Ale do tego potrzebuję Twojej pomocy, A.
Zdrowiej, zdrowiej szybko i chodźmy podbić świat.
A zaczniemy od mojej przeklętej trzydrzwiowej szafy.

Czekam. Staram się być. A to źle.
Ostatnio dwie osoby, zupełnie niezależnie od siebie powiedziały mi coś, co, choć różnymi słowami, brzmiało mniej więcej tak:
"Nie próbuj żyć. Żyj. Rób coś, albo nie rób tego wcale".
A więc czekam. I jestem.
Czekam cierpliwie, aż wszystko będzie dobrze.
Bo kiedyś musi być.


Na lekcjach Twórczego Przeobrażania Świata powinni uczyć, jak przeobrazić świat, żeby był lepszy.
Ostatnio zerwałam się z tych lekcji. Bo wyglądają one jak powrót na plastykę z pierwszych trzech lat podstawówki.
Ale, cóż. Trzeba było przyznać się m. przed zebraniem, czemu się zerwałam.
Powiedziałam: poszłam z lekcji Twórczego Przeobrażania Świata do McDonalds.
A ona: a czy świat stał się wtedy lepszy?
Ja: tak.
Ona: więc go twórczo przeobraziłaś.

I koniec.
Ot - cała reakcja mojej matki.


Nadal jestem zmęczona i poirytowana. Ale luz blues i orzeszki. Przecież to kiedyś minie.
Kiedyś obudzę się, pewnego dnia, a za oknem zobaczę wiosnę.
W końcu.

komentarze [0]

...†...We're going back to the times we knew...†... >> poniedziałek, 24 listopada 2008 20:00:19
Przyjacielu.
Mistrzu.
Słońce zachodziło dziś za naszą Wieżę z Gargulcem.
Pamiętacie?
Przejeżdżałam tamtędy tramwajem. Ale nic się z nim nie stało, bezpiecznie wróciłam do domu.
Wszystko w porządku.
Nasza Wieża wciąż stoi. Choć pewnie schody wewnątrz już nigdy nie będą takie same...
I ogarnął mnie taki błogi spokój, kiedy zobaczyłam, jak Słońce zasypia za naszą Wieżą.
Musimy tam kiedyś wrócić, sprawdzić, co z Gargulcem.
Pewnie czuje się samotny...
Wrócimy. To w końcu nasza Wieża.

Dobrej nocy Przyjacielu. I Tobie, Mistrzu.
Wracam do nauki. Obowiązek przykry acz... Obowiązkowy. Jak 'oczywista oczywistość'.

komentarze [0]